Ja

Ja

z wszystkimi tego konsekwencjami

w pakiecie

Hamlet i Klaudiusz

wzrok przed siebie

sylwetka wyprostowana

usta ironicznie

półuśmiechu złożone do ewentualnego

ataku

Ja

i przystanek gdzieś w środku miasta

bez nazwy

przechodnie mijają się w swoim Ja

głowy uniesione usta…

a gdzie miejsce dla Niego?

 

MUR

 

Ciekawe co tam jest? Myśli Alka jak zwykle, od jakiegoś czasu, odleciały od miejsca, w którym się teraz znajdował – klasy, lekcji, nauczyciela, kolegów i koleżanek, wszystkiego co go otaczało. Co tam jest? Pytanie wciąż dręczyło i nie było sposobu, by znaleźć na nie odpowiedzi.

Alek był chłopcem jak każdy w jego wieku . Właściwie niczym się nie wyróżniał, no może rudą czupryną, która często przeszkadzała podczas gry w piłkę. Jak inni w jego wieku uwielbiał biegać po boisku, czasami narozrabiał, uczył się średnio, ani dobrze, ani źle. Nie unikał kolegów, najbardziej jednak lubił zaszywać się w swoim pokoju i czytać, czytać, rozgrywać książkowe bitwy, zwyciężać książkowe bitwy, najbardziej przy boku kapitana Nelsona. Alek uwielbiał historię.

Co tam może być? Zastanawiał się i coraz bardziej to niedopowiedziane  pytanie go intrygowało, więcej, coraz bardziej zaczynało go irytować.

Droga do szkoły nie była długa. Alek miał to szczęście, że mieszkał niedaleko, nie musiał gnieść się w autobusie. Wystarczyło przebiec kilka ulic, jedno skrzyżowanie i już ukazywał się budynek z czerwoną dachówką. I nic w tym nie byłoby ciekawego gdyby nie ten MUR. Po przejściu dwóch ulic, każdego dnia natykał się na niego. Więcej zagadkę, którą bardzo starannie ukrywał. Ogromny, gładki, szary. Żadnej dziury, żadnej szczeliny przez którą można by zajrzeć do środka i wydrzeć mu odrobinę tajemnicy. Ciekawe co skrywa? Zastanawiał się, szorując palcem po jego szorstkim tynku. Może jakąś tajną bazę wojskową?  A może… Alek! Alek! Głos dochodził do chłopca coraz bardziej natarczywie, Alek! Nie było wątpliwości, chodziło o niego. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki znów był w klasie, wokół niego kilka zwróconych w jego stronę twarzy, plecy sąsiada siedzącego przed nim i pani, której mina nie wyrażała bynajmniej  przyjaznych zamiarów.  Alek wstań! Przyjdź proszę do tablicy.

To było najgorsze, został wywołany do odpowiedzi. Nie, że nie był przygotowany, historia to była pecha, ale wyjść na środek klasy, stanąć przed dziesiątkami oczu wpatrzonych w jego rudą czuprynę i jeszcze odpowiadać to było coś, co wpędzało Alka w przerażenie. Noga za nogą przemierzał metry dzielące go od zielonego kwadratu zawieszonego na ścianie. Noga za nogą, noga za nogą. Czemu klasa nie jest wielkości boiska piłkarskiego, wtedy dzwonek byłby jeszcze ratunkiem. Jak skazaniec przed odczytaniem wyroku stanął przed panią i już wiedział, że wyrok jest nieunikniony, następna jedynka wyląduje obok jego nazwiska w dzienniku. Ale on umie, on mógłby powiedzieć wszystko, a nawet więcej, gdyby nie ta kluska w gardle tamująca wydobywanie się głosu, gdyby nie te spocone trzęsące się dłonie, gdyby nie ta nagła pustka w głowie.

– Znowu nie masz nic do powiedzenia, oj Alek usiądź – mina pani mówiła wszystko.

– Ale ja proszę pani umiem wszystko, wszystko – krzyczał w myślach, a po policzku zaczęła spływać słona łza.

To nie był dobry dzień kapitanie Nelson, bitwa przegrana, myślał przykładając rudą czuprynę do miękkiej poduszki  w okręty. To nie był dobry dzień.

Ranek, który przywitał go, od razu wydał się jakiś dziwny. Budzik nie zadzwonił, ale do ósmej było jeszcze dość czasu by zdążyć jeszcze trochę się poprzeciągać. Słońce wesoło zaczęło zaglądać do jego pokoju, oświetlając leżącą na podłodze książkę o wielkich bitwach kapitana Nelsona. Zerwał się na nogi i już po kilkunastu minutach wybiegał z domu, dojadając kanapkę z serem. Ulica jedna, druga i jak co dzień ON, zagadka, wytrwale stojący na drodze do rozwiązania zagadki. On, który od długiego czasu fascynował i wywoływał lęk.

Jak co dzień Alek zwolnił kroku, ręka automatycznie uniosła się do góry, a palec zaczął rzeźbić cieniutką kreskę na jego szorstkim ciele jakby ten ruch miał zmusić go do mówienia. Szedł wolno. Nagle stało się coś nieoczekiwanego, coś co nigdy się nie zdarzało, coś co nie miało prawa się zdarzyć. Rękę chłopca zatrzymała klamka ogromnych, masywnych, ciemnobrązowych drzwi, których dotąd jakoś nigdy nie zauważał. Zimna w dotyku, rzeźbiona przyciągająca dłoń klamka, klucz do tajemnicy, wystarczyło nacisnąć. Obawa, ciekawość, strach, fascynacja, wszystko zlało się jedno pragnienie, jeden ruch. Nogi już odchodziły, już rwały się do biegu, jakby chciały ostrzec, jakby chciały odciągnąć od ryzyka, które czekało za grubymi masywnymi drzwiami, jakby chciały odciągnąć od niewiadomego. I tylko ręka chłopca wytrwale upierała się przy tym, by nacisnąć, by chociaż sprawdzić czy nie zamknięte. Nie wiadomo kiedy rygle puściły, a drzwi uchyliły się zapraszając do środka.

Nic się nie działo. Nogi upierały się jeszcze przy swoim, jeszcze jakiś czas nie chciały oderwać się od ziemi. Musiało minąć kilkanaście długich sekund nim pozwoliły posuwać się chłopcu do przodu.

Ogród był całkiem normalny. Zadbane rabatki z kwiatami poprzecinane były żwirowymi alejkami,  mały stawek po którym pływały kaczki, gdzie niegdzie niewielkie krzewy i ogromna jabłoń wyznaczająca centrum tego nieznanego świata. Chłopiec stąpał cicho do przodu, starając się nie spłoszyć pływających po wodzie ptaków. Choć to nie byłoby najgorsze, nie chciał zwracać uwagi ewentualnych właścicieli mogących znajdować się w pobliżu. Miałby problem z wytłumaczeniem powodów wejścia na cudzą własność. Szedł w stronę ogromnego drzewa dziwnie przyciągającego swą rozłożystością. Kiedy już był na wyciągnięcie ręki  zauważył stojący w cieniu stół zastawiony kolorowymi owocami, dzbankiem herbaty i dwoma filiżankami oraz ogromnym półmiskiem pysznych ciastek. Przy stole siedziała starsza pani. Uśmiechnęła się. Chłopiec stał jak sparaliżowany. – Jak masz na imię? – zapytała cicho. I znowu ta klucha w gardle, znowu trzęsące dłonie, krzyczące myśli – Jestem Alek, proszę pani, ja nie chciałem tutaj wchodzić, to te drzwi, ta klamka, ten mur. Stał ze spuszczoną głową, a łza rozpoczęła swą stałą wędrówkę od kącika oka w stronę piegowatego policzka. – Ja proszę pani… Wyszeptał prawie bezgłośnie.

– Proszę cię usiądź – powiedziała pani ciepłym głosem – Napijemy się herbaty i opowiem ci pewną historię. Dawno, dawno temu, w pewnym niewielkim mieście mieszkał chłopiec…

Rozpoczynająca się lekcja miała przynieść pewną niespodziankę. Rozgadana klasa nie od razu spostrzegła wyciągniętą do góry rękę. Uparcie sterczała, unosiła się nad wrzawą, którą po chwili skutecznie ujarzmiła nauczycielka historii.

– Alku, czy chciałbyś coś powiedzieć? Proszę.

To co wydarzyło się później zdziwiło nie tylko panią, ale wprawiło w osłupienie całą klasę. Ten Alek, ten co nigdy ani be ani me, ten płaczek co z każdej odpowiedzi dostawał jedyny, ten Alek szedł teraz odważnym krokiem w stronę tablicy, odważnie stanął przed całą wpatrzoną w niego klasę i głośno zaczął.

Opowiem wam ciekawą historię o kapitanie Nelsonie, odważnym kapitanie Nelsonie…